07 stycznia 2009

W oczekiwaniu na cud

Są cudy małe i duże, jest cud poczęcia, cud narodzin, cud uzdrowienia, cud nad Wisłą. Zdarzają się niemal codziennie, każdy z nas ma swoje prywatne spektrum cudów, dla każdego mają inny wymiar i inne znaczenie. Czasem przychodzą niespodziewanie, czasem wyczekujemy ich z utęsknieniem. W zależności od ich nastroju mogą albo się ziścić, albo nie. Ale czym tak naprawdę są? Czasem zwykłym promykiem słońca przebijającym się przez grube chmury, czasem burzą, która łapie nas w górach, ale czeka aż spokojnie zejdziemy, czasem czyimś spojrzeniem, gestem, reakcją. Bywa, że nie zauważamy ich od razu, bywa że je bagatelizujemy, nie doceniamy ich. A wtedy kiedy ich najbardziej potrzeba... wierzę, że jednak nadchodzą, tylko czasem trzeba im delikatnie pomóc. Bo tak jest zawsze, że szczęściu trzeba pomagać, trzeba na niego pracować codziennie, w każdej godzinie, każdej minucie. Trzeba cieszyć się z niego ile sił, nauczyć się je zauważać i doceniać. A wtedy świat będzie lepszym miejscem.

05 grudnia 2008

***

A z nieba pada coś dziwnego.
Brzęczy o dach samochodu.
Ślisko.
Dłonie przeżarte dymem.
Ktoś pali w ubikacji.
Nie ja.

29 listopada 2008

Trudności

Czy istnieje jakiś złoty środek, który pozwalałby na uporządkowanie życia, wszystkich spraw, klucz wg którego można by przyjąć jednolitą drogę postępowania? Wytyczyć sobie jasne cele i się ich trzymać, niezależnie od zmieniającego się otoczenia, warunków, sytuacji. Trudno jest czasem obiektywnie patrzeć na świat, gdy chciałoby się to robić oczami dziecka, a trzeba szybko dorosnąć. Proces dorastania trwa w moim przypadku już trochę za długo, może należałoby go wreszcie zakończyć i pewne sprawy pozamykać w zdecydowany i jasny sposób. Trudności, nawet jeśli pozornie się piętrzą i wydają się być nie do pokonania, wcale takie nie są.

21 listopada 2008

Żółta jak kurczaczek

Nie kocham Cię, tak po prostu. Bo nie warto. Skoro dajesz tylko okruchy, z pańskiego stołu. Za co miałabym Cię kochać? Za tę łatwość, z jaką przychodzi Ci skreślenie mnie z Twojego życia? Wszystko tak szalenie łatwo Ci przychodzi. Za łatwo. Więc nie doceniasz, nie wartościujesz, ranisz bezwiednie raczej, bo nie wiem czy stać Cię na wyższe uczucia. Jeszcze wczoraj świat rozpadał się na kawałeczki. Dziś bardzo mocno stoi w posadach. Słońce wzeszło dziś krwawo-pomarańczową łuną, pomiędzy wieżowcami. Rześkie powietrze wypełniło płuca, mam przecież siłę. Mnóstwo siły. Będę iść naprzód, tą jasno wytyczoną ścieżką. Otoczona przez najbliższych przyjaciół, którzy nie oceniają, nie wytykają błędów, którzy wtedy, gdy najbardziej tego potrzeba powiedzą: to Ty wygrałaś. Mają rację. Wygrałam. Siebie. Nieodwołalnie.

19 listopada 2008

Hu hu ha, hu hu ha, nasza zima zła!

Coś kłuje, wdech, wydech, coraz ciężej. Duszne powietrze, z małą, za małą zawartością tlenu. Uśmiech na twarzy. Naturalny, nie wymuszony. Naturalny, bo przecież to tylko powłoka się uśmiecha. Coraz głośniejszy śmiech, coraz więcej czasu poza domem, coraz szybsze życie. Coraz węższe spojrzenie, coraz. Coraz mniej słów, więcej ciszy, ciężkiej ciszy. A mogłabym tak:

Dziś rano spadł śnieg. Obudziłam się jak zwykle o 6:20, dając sobie jeszcze chwilę na skulenie się pod kołdrą i tylko chwilkę, ale wyrwanie jeszcze paru minut snu. Ciepłego, mięciutkiego snu. Otworzyłam oczy, na dworze szaro, coś kapało za oknem, spojrzałam - śnieg. Trawniki bielutkie, dachy pokryte puchem. Pierwszy śnieg. Późno tego roku. Drugi rzut oka - na ulicę - czarny asfalt, lewym pasem sunie pług śnieżny, z podniesionym spychaczem. A więc, dziś jeszcze wyjadę normalnie, ale trzeba w końcu założyć te zimówki. Temperatura za oknem: 3 stopnie, o dziwno na plusie, nie jak wczoraj. Decyzja - dziś jeszcze jesienna kurtka, zimowa poczeka w szafie na swoją kolej. Droga do pracy jak zwykle zatłoczona, ludzie już wyczuwają zimę, jeżdżą nieco wolniej, choć jest tylko mokro. Trafiają się wariaci - jak ten z Lublinka, zajeżdżąjący mi drogę. Na szczęście zauważyłam odpowiednio wcześniej, dohamowałam, facet pomachał ręką przez szybę, w przepraszającym geście. Zdarza się, nie widział mnie pewnie.
Na śniadaniu tematy luźne, od śniegu, zimówek do kradzieży w domkach i działania firm ochroniarskich. Dziwne jak nam te rozmowy schodzą zawsze na niespodziewane tematy.
Plan na dziś - banki, obiad i na łyżwy. Bo mamy piękne nowe lodowisko, z ofertą "no limit" za 6zł. Cudnie.
Na schodach spotkany kolega, od sylwestra. Mówi, że łóżka są dwuosobowe. Fajnie:) Będzie niespodzianka!

18 listopada 2008

Niczego nie będzie żal

Całkiem irracjonalne poczucie bezpieczeństwa pojawia się, gdy zamykasz mnie w swych ramionach. Zamykam oczy, wsłuchuję się w przyspieszone bicie Twojego serca. Staram się zapomnieć o wszystkim, zatrzymać tę chwilę jak najdłużej, tak by później móc przywołać to uczucie, gdy Ciebie już nie będzie. Wykradane ukradkiem spotkania, godziny wyrywane z gardła czasu, szarpane naszymi oddechami. Cisza. Przestrzeń. My. Ja, Ty i ona. Wciąż razem. Prawie jak Piękna i Bestia.
Czasem tak bardzo chciałabym mieć... być...
Tak po prostu.

21 października 2008

Na bosaka

Panoramiczny Lublin z 10-tego piętra wieżowca i jeszcze wyżej, z kieliszkiem wina w dłoni. Na bosaka. Po cichu. W środku nocy. Szeptany do siebie, a może do Ciebie, tkany pustką wiersz.

I tylko ciężarówki
i ludzie
maleńkie postaci
przemieszczają się wszerz i wzdłuż
nic się nie dzieje
pustka
ciemność
światła
mrok
skrzyżowanie.
Zapamiętaj.
pustka
mrok
ciemność
skrzyżowanie...

13 października 2008

Przylgnięcie

Ja tak na szybko. Bo chyba głupota mi uszami wychodzi i nic się na to poradzić nie da. Wczorajszy dzień - niby sprawa załatwiona, ale dziś widzę, że nie. Nie wiem co lepsze: zostawić tak jak jest i udawać, że wszystko gra, czy wyjaśnić, rozgryźć, rozpracować i znów dostać w dupę. I tak źle i tak niedobrze. Już słyszę jak wszyscy wokół mówią: miałaś bla, bla, bla, więc bla, bla, bla, a wogóle to bla, bla, bla i po Ci to?? I jeszcze mogą dodać: A nie mówiłam/łem? I mają rację, przecież wiem. A w środku coś mi płacze, czyżby przylgnięcie?

10 października 2008

"Twój Miś Cię zdradza. Życzliwy"

Bardzo mocno się wczoraj zastanawiałam, nad poinformowaniem pewnej, znanej mi osobiście kobiety, pozostającej w związku z pewnym bardzo dobrze mi znanym mężczyzną, o niewierności tegoż właśnie. Po przemyśleniach, oraz dyskusji, w babskim kręgu, przy butelce wina, doszłam do wniosku, że chyba jednak nie warto. Bo co dziewczyna winna, facet jest palant, ale czy jeśli ona się o tym dowie, poczuje się lepiej?? Nie wydaje mi się. No bo jak to jest: lepiej być oszukiwaną i nie wiedząc o tym układać sobie życie, cieszyć się szczęściem codziennym, które ma się w zasięgu ręki, czy też poznać prawdę i cierpieć?
Głupia sprawa... przecież to ja byłam pierwsza... ona druga, a teraz jest odwrotnie. Brak obiektywizmu nieco zaciemnia obraz. Nie ma uniwersalnych prawd, recept na wszystko.

Włożyłam skórzane spodnie, czarno-białe cwelki, koszulkę z dużym dekoltem, różowy szal i od razu poczułam się lepiej. Sobą. Czarna skóra, odrobinę zrobione oko, moja ulubiona kanapa w rogu Centrali, Ola za barem, na mój widok od razu pytająca: herbata? Bez cukru? W ręce Zoom, naprzemiennie z Dialogiem (odrabianie zaległości), Olo ze swoją pomarańczową torbą na laptopa i leniwe oczekiwanie na spektakl. Moje życie. Esencja.

09 października 2008

Aaaaaa kochanka zmieni etat na żonę

Powiedzmy to szczerze, prosto z mostu. Może zadziała jak kubeł zimnej wody.
Jestem kochanką, tą drugą, na chwilę. Tą, do której się nie wraca, tą o której się nie myśli, której się nie kocha. Tak po prostu. Układ zupełnie bez sensu, bez przyszłości, bez celu. Kilka nieźle zagranych przedstawień, z jego strony. Świetnie rozegrana psychologiczna gra. Żadnych obietnic werbalnych, a jednak nadzieja w sercu wzbudzona bardzo dobitnie. Klatka utkana z wyobrażeń.

Ciągłe zderzanie z rzeczywistością skutkuje bolesnym obiciem płuc. Znacie to uczucie, gdy po silnym, nagłym uderzeniu w klatkę piersiową, przez chwilę brak oddechu, panika, duszenie się. A potem, gdy już się wydaje, że koniec na zawsze, bo ciemność przed oczami, oddech wraca, razem z falą bólu. Po to, by udowodnić Ci, że żyjesz.

Mam dość. Zataczam coraz mniejsze kręgi. Pierwszy trwał prawie rok, drugi znacznie krócej, bo tylko lekko ponad miesiąc. Jest jak trujący bluszcz - wysysa wszystkie soki, całą radość, szczęście. A gdy wyssie - odchodzi. Oby odszedł teraz. Bo nie wiem, czy ja mam w sobie tyle siły, żeby zrobić to sama. Nie kocham już, ale dalej potrzebuję wtulić się, przez chwilę chociaż poczuć się kimś innym. Kimś bezpiecznym.

08 października 2008

Powroty

No i cóż - wszytko wraca powoli do normy. Nuda w pracy, nuda w życiu. Znowu za kółkiem, znowu nierozważnie - mało się wczoraj nie zabiłam. Niedobrze. Znowu zaklęty krąg kłamstw. Oszukiwanie siebie i innych. Udawanie, że jest dobrze, jak nie jest dobrze. Podejmowanie słusznych decyzji. Planowanie. Wtłaczanie się w coraz sztywniejsze ramy. Pustka.

Pustka. Kompletny brak uczuć embiwalentnych. Zero współodczuwania. Brak poczucia bezpieczeństwa, brak wentylu. Kiszenie się w obłudzie. A wszystko to pokryte odrobiną dobrze udawanej, wymuszonej radości. I tylko chwile nadziei, że jednak nie wszystko stracone. Że jest jeszcze szansa. Promyki słońca, rzadkie, bo rzadkie. Ogrzewanie lodowatych dłoni kolejnym kubkiem herbaty, otwieranie się na świat, by jeszcze bardziej się od niego odizolować. Spacery po jesiennym lesie, oglądnie świateł miasta z oddali, wtulenie, tylko po to, by za chwilę po raz kolejny poczuć się jak zbity pies. Szperanie po necie, żeby na własne życzenie zobaczyć to, czego usilnie próbuje się nie widzieć. Znowu bolesny skurcz serca, postanowienie, że koniec, że nie da się tak żyć.

Tylko jak żyć? Skoro życie mamy tylko jedno. Czy da się rezygnować z krótkich chociażby chwil? Czy warto? Co, jeśli te krótkie chwile okażą się jedynymi, jakie zostają nam podarowane przez los? Czy warto zrezygnować z marzeń, zamknąć się w czterech ścianach, zaplanować każdy dzień? Czy warto ciągle przeć do przodu, za wszelką cenę, nie prosić nigdy o pomoc, liczyć tylko na siebie? A gdyby tak zwalić problemy na kogoś innego? Powiedzieć: nie umiem, nie wiem jak, nie dam rady, pozwolić, żeby ktoś zrobił coś za mnie i nie tłumaczyć się z tego.

Trzymając ręce na moim tyłku, zapytał, na co mam ochotę. Czas wyrwany z kontekstu, niby mój, ale nie mój. Bo zawsze świadomość, że nie jestem na swoim miejscu, że zabijam powoli nie tylko siebie. Zdrada, obłuda, ciepło, bezpieczeństwo, zaufanie. Puste słowa. Ból. Myśli oscylowały wokół drogi, byle dalej, byle nie tu, obojętne gdzie, być samemu z własnego wyboru. Nie z przymusu. Zniknąć.
- No, to na co masz ochotę?
- Zniknąć.

26 września 2008

Szukam mieszkania w trybie pilnym...

No i stało się to, co się stać absolutnie nie miało prawa. Znowu mnie ktoś wyrzuca z mojego domu. Straszne uczucie, nienawidzę go z całego serca. To coś, co dusi, zapiera dech, drąży od środka, a potem wypluwa tylko skorupkę. I znowu mozolne odbudowywanie wnętrza.
A miało być z górki. Moldoveanu cholerne??

Sen o jechaniu

Nie lubię strasznie tego uczucia, gdy powoli zaczyna rozbierać Cię choroba. Mnie tak trochę podgryza, to z tej, to z tamtej strony. W nocy obudziłam się chyba z gorączką - śniło mi się, że jadę, ciągle jadę. Sen był tak namacalny, że zastanawiałam się gdzie teraz jestem. Wychodziło mi, że gdzieś na Węgrzech. Dziwne uczucie. Chyba po prostu zmęczenie materiału.

27 sierpnia 2008

Mój aniele

Ja tylko chcę żeby ktoś mnie zamknął w bezpiecznych ramionach. Bez zgiełku, bez pośpiechu, bez ciągłych długów, terminów, bez wyrzutów sumienia, że nie tak, bez poczucia braku, sensu, bez słów. Tak rozpaczliwie teraz tego potrzebuję. Znowu jest gorzej, gorzej niż najgorzej. Wyrwać się, zapomnieć o wszystkim, wszystkich. Nic nie widzieć, nic nie czuć, niczego nie pamiętać.

Powstań mój aniele,
z popiołów krwawego sumienia
wyjmij nóż.
Tnij na oślep,
słuchaj,
jak dźwięczy pustka.
Patrz mi w oczy,
spal powieki
nie cofaj się przed niczym.
Słuchaj, jak ciepła krew
kapie
na podłogę.
Nie myśl, ściśnij pięść,
zadaj cios
i upadnij.

14 sierpnia 2008

Znowu miałam sen

Tak rzeczywisty, prawie namacalny. Obudziłam się poddenerwowana, niespokojna. Śniło mi się, że mam moje wymarzone maleństwo - stoi pod domem, tylko wsiąść i jeździć. Wychodzę - a tam pusto. Puste miejsce parkingowe, maleństwo zniknęło. Nawet nie zdążyłam się przyzwyczaić. Dziwny sen. Chyba za bardzo mi zależy i podświadomość właśnie zwraca na to moją uwagę, mówiąc "nie przesadzaj, bo jak już dopniesz swego i tak ktoś może Ci to odebrać, wystarczy tylko chwila."
Jak można śnić, że ktoś mi kradnie motocykl??

13 sierpnia 2008

12 sierpnia 2008

Ucieczka

Widok, który stanął mu przed oczami był nierzeczywisty, mrożący krew w żyłach, a jednocześnie tak piękny. Jeny stała o niecałe 2 metry od niego, po drugiej stronie muru. Głowę miała odchyloną do tyłu, ciało wyprężone, oddychała szybko przez rozchylone wargi. Za nią, jakby z jej pleców wyrastał niesamowity, czarny demon, pieszczący jej ciało. Demon zdawał się nie zwracać uwagi na nic, co dzieje się wokoło, Jeny również. Odgrodzeni od świata ludzi, zatopieni w sobie, stanowili nierozerwalną całość.

Les zdawał sobie sprawę, że tylko on jest w stanie ich widzieć, że tylko on wie o ich istnieniu. Czy wobec tego ta kobieta nie jest jedynie projekcją jego podświadomości? Musiał sprawdzić. W pierwszym odruchu chciał uciekać, bał się śmierci. Tam, po drugiej stronie czyhały na niego duchy przeszłości, pułapki, które sam sobie kiedyś zastawił. Teraz jednak otrząsnął się z pierwszego szoku, wstał i zrobił krok w ciemność.

Jeny otworzyła oczy akurat w chwili gdy Les stanął z nią twarzą w twarz. Jego zuchwałość tak ją zaskoczyła, że emocje nagle wygasły jak zdmuchnięty płomień. Demon zdążył jeszcze tylko szepnąć do ucha - Jest Mój - i w tym samym ułamku sekundy, dusza Jeny się zamknęła i pogrzebała na swoim dnie zaborczego kochanka.

Les spokojnie wyciągnął zakrwawioną dłoń i położył ją na szyi Jeny. Zacisnął. Jeny głośno wciągnęła powietrze. A potem stało się coś, czego nie przewidział. Najzwyczajniej w świecie złapała go za rękę, wykręciła ją boleśnie do tyłu i syknęła - Żeby Ci nigdy więcej nie przyszło do głowy mnie dotykać...!
Les zaskomlał z bólu, wykręcił się jeszcze mocniej, szarpnął, jeszcze raz zajęczał i przestał się wyrywać. Uderzyła go nierzeczywistość całej tej sytuacji. Jak jego własna projekcja może robić mu krzywdę? Fizyczną. Chyba że ona istnieje na prawdę. Ale w takim razie czym było to co widział? Bo przecież widział wyraźnie.

07 sierpnia 2008

Przeznaczenie

Stanął oko w oko z nieodwołalnym. Przecież tego właśnie chciał, skąd teraz to wahanie. Przecież jeszcze przed chwilą był zdecydowany, niczego nie pragnął bardziej. A teraz zupełnie opuściła go odwaga. Skurczył się, przygarbił, przestraszył. Nie spotkał dotąd takich mocy, niemal oko w oko.

Jeny nadsłuchiwała, wydawało jej się, że ktoś nagle zatrzymał się przed bramą i ciężko opadł na ścianę, osunął się po niej. To nie mógł być on, ale dlaczego jeszcze go nie ma? Powinien już przechodzić. Jeny bała się zamknąć oczy, bała się słuchać. Wiedziała, ze wystarczy chwila nieuwagi z jej strony i chłopak umrze. Po raz pierwszy pojawiło się w niej wahanie, zwykle nie miała żadnych dylematów. Jeśli ktoś prosił się o śmierć, dostawał ją. On wyraźnie prosił, czuła to przecież tak silnie. A jednak nie chciała pozwolić mu odejść. Czyżby ludzkie uczucia? Skąd się w niej wzięły? Demon coraz silniej dawał znać o sobie, domagał się krwi. Jeny mimowolnie przymknęła oczy i poddała się pieszczotom, czuła jak ociera się o jej szyję, jak gryzie, całuje, jak szepce jej do ucha - Dalej maleńka, wiem, że tego chcesz...nie opieraj się, wiem przecież jak to lubisz...lubisz to prawda?...
Jeny westchnęła głośno, oddychała coraz szybciej, czuła, że nie panuje nad sobą, nad nim. Jeszcze chwila i da mu to o co prosi. Czuła dotyk na karku, na piersiach, zrobiło jej się gorąco. Jeszcze chwila...

Les walczył ze sobą, wiedział, że tylko ucieczka pozwoli mu przeżyć. Czuł, że im dłużej tu siedzi, tym bardziej wciągają go ciemne moce, że staje się coraz bardziej bezwolny, że rozkoszuje się myślą o śmierci. Z zaciśniętych w pięści dłoni powoli sączyła się krew, paznokcie wbijały się w skórę. Ból wyzwalał. Na ułamek sekundy zamknął oczy i wtedy znowu ją zobaczył. Teraz, albo nigdy.

Śnij się, śnij...

No cóż, życie to nie bajka. Nawet nie wiem, czy bym chciała, żeby takie było, bo nudno wtedy. Nic się nie dzieje. Wszyscy szczęśliwi. Uśmiechnięci. Wypoczęci. Piękni. Młodzi.
A ja wolę nie być piękna, wypoczęta, ja wolę być wymięta, wczorajsza, zagoniona, stęskniona, spragniona, goniąca wciąż za czymś. To taki syndrom wojownika - jak już zdobędę, zaraz się znudzę. Ale samo polowanie budzi dreszczyk emocji.
Śnił mi się dziś mój regularny swego czasu kochanek. Aktualnie regularny tylko w pewnym sensie, bo jakoś nie mogę dopiąć swego, a może to i dobrze? W każdym razie, śnił się pięknie, bo zwyczajnie - tak po ludzku, nawiązywał prawdziwe relacje międzyludzkie, przedstawiał sobą jakieś uczucia. W realnym świecie nic takiego nie ma miejsca. Cóż, jedyne słuszne rozwiązanie w tej sytuacji, to zacząć układać sobie życie zupełnie inaczej, spotykać się z kimś, związać się, tak na co dzień. Tak, żeby nie było pusto, smutno, żeby ktoś czasem przytulił, powiedział ciepłe słowo. A uczucia? Ich się nie da już ulokować gdzie indziej, przepadło. Popłynęły z łzami, po kolejnych facetach niewartych świeczki. A ja do kanałów schodzić nie będę. Po co grzebać się w przeszłości??
Mam ten sen przed oczami. Taki czysty, wyraźny, klarowny. Śnił mi się przed samą pobudką, to czas, kiedy śnimy to co chcemy, kiedy projektujemy swoją rzeczywistość. Ja projektuję z premedytacją. Kto mi zabroni??