Chłopak podniósł się ze stołka, powiódł wzrokiem po pustym wnętrzu, zabrał książkę i wrzucił ją do plecaka leżącego na ziemi koło jego stóp. Zarzucił go na ramię i wyszedł, zostawiając niedopitą herbatę Earl Grey z odrobiną mleka.
W nozdrza uderzył go osłabiający zapach, jej zapach. Zaintrygowała go, siedziała samotnie na kanapie, wyciągając nogi w wysokich zielonych trampkach, daleko przed siebie. Przed nią stało ciastko, filiżanka herbaty, kieliszek czerwonego wina i popielniczka. Na stole leżała dziewicza paczka papierosów. Jakby czekająca, prosząca, błagająca o otwarcie. Nie zrobiła tego, jakby opierając się temu wołaniu, zamkniętą wrzuciła z powrotem do torby. Był ciekaw co czyta, książka musiała być niezwykle wciągająca, bo od chwili gdy siadła, zastygła nad nią. Czasem tylko machinalnie sięgała po filiżankę lub wino. W pewnej chwili przerwała czytanie, zjadła ciastko, rozgrzebując go, bawiąc się nim, nie przejmując się okruszkami, czekoladą. Dostrzegł w tym jakiś pierwotny, zwierzęcy instynkt. Obserwował ją od chwili gdy po wejściu do lokalu rzuciła swoje rzeczy na kanapę i podeszła do baru. Nawet go nie zauważyła, choć siedział tam cały czas.
Przychodził do tego lokalu gdy miał ochotę się wyciszyć, gdy jego wewnętrzne demony nie dawały mu spokoju, mierzył się z nimi codziennie od nowa, okalał je ramami, zamykał w dyby. Ona musiała być stałą bywalczynią, barmanka uśmiechnęła się do niej, ona kiwnęła głową i odeszła. Po chwili usłyszał głos barmanki wzywający ją po odbiór zamówienia. Ciche porozumienie.
Nie potrafił określić w jakim jest wieku, wydawało mu się, że może mieć zarówno 22 jak i 28 lat. Jej oczy miały dziwny wyraz, zaglądając w nie zaledwie przez ułamek sekundy dojrzał w nich bezkresną głębię, matowość myśli, bezsilność, kruchość, emocje, ambicje, autorytaryzm, uległość, bezgraniczne zło i nieskończoną dobroć. Nigdy nie widział takich oczu, takiej duszy. Była tak bardzo podobna do jego. W swoim 27-letnim życiu doświadczył wielu rzeczy złych, wielu dobrych, czasem określenie co jest rzeczywiste a co nie sprawiało mu wielką trudność. Teraz walczył ze sobą, z pragnieniem sfrunięcia z dachu wieżowca, zatopienia ostrej stali w przedramię, poczucia smaku i zapachu krwi. Stopniowo przegrywał tę walkę, od kilku dni było coraz gorzej, dlatego teraz tu był. Widocznie miał ją tu spotkać.
Wyszedł na dwór, oślepiający blask przeszył mu oczy i duszę, zachłysnął się ciężkim powietrzem. Przymykając powieki spojrzał w prawo. Bezbłędnie. Instynkt jeszcze nigdy go nie zawiódł. Była tam. Szła przez tłum jakby otoczona niedostrzegalną niewprawnym okiem, bladą poświatą. Ludzie nieświadomie schodzili jej z drogi, starali się nawet nie musnąć jej ramienia przechodząc obok. Niektórzy odwracali głowy, mijając ją. Miał rację, było w niej coś niesamowitego, aura zła.
Poszedł za nią, tropiąc jej zapach i smak zostawiony przez mgiełkę poświaty.
27 marca 2008
25 marca 2008
Kręgi życia
Życie kołem się toczy, czas zatacza kręgi raz szersze, raz węższe, ale zawsze wracamy do punktu wyjścia. Nawet te dni szczęśliwe, gdy słońce przebija się przez chmury, padający na głowę deszcz wydaje się być świetlisty niemal, a każda chwila jest cenniejsza niż złoto, nie trwają wiecznie. Chwileczki, mgnienia oka prawdziwego głębokiego szczęścia, pękają jak bańki mydlane i tryskają w oczy wywołując silne łzawienie. Tęsknota za kimś, czymś tak nienamacalnym, dalekim, niedostępnym skrzętnie ukrywana na co dzień, wylewa się szczelinami oczu, ust a potem odbija się echem od studni ludzkich słów, tych życzliwych zwłaszcza. Pytań, tysiąca, o to samo, na ten sam temat od lat już, frazesów wypowiadanych jak wyrocznie, jak rozkazy awykonalne. Świeczki w oczach zgaszone resztkami sił witalnych i powrót do domu, do ciepła. A tam nie tak zupełnie, ludzie obcy tego dnia całkowicie, oderwani od kontekstu, wypoczęci, uśmiechnięci, napełnieni bylejakością, prowadzeni pozą. I słowa znowu ostre, puste, piłujące duszę, odbierające resztki mojości. Zaburzające nowo powstałą z gruzów pewność, samoświadomość świata. A później rozmowy niepotrzebne, rozgrzebujące na nowo rany już zasklepione, obdzierające strupy. Rozmowy bez treści, a z jednostronną pasją, nadzieją i naiwnością, że może jednak tym razem się uda, że pozwoli zrozumieć. I rozczarowanie, kolejne. A potem opoka i ciepło, ramię i słowo. Za mało by odtajeć całkowicie, zagubiona gdzieś Ta, która rozumie. Zapomniane słowa, gesty, puste spojrzenia, niewypowiedziane treści.
Kolejny dzień czekania na popołudnie, wieczór, jutro. Na Nią, Nich, Niego. A i tak wiem jak się skończy. Powrotem do domu z pustej Centrali w objęcia ciepłej kuchni z kubkiem herbaty, dobrym słowem i magią uścisku. Bez odpowiedzi.
Kolejny dzień czekania na popołudnie, wieczór, jutro. Na Nią, Nich, Niego. A i tak wiem jak się skończy. Powrotem do domu z pustej Centrali w objęcia ciepłej kuchni z kubkiem herbaty, dobrym słowem i magią uścisku. Bez odpowiedzi.
20 marca 2008
Drzwi zamknięte
Byłam kilka dni temu na spektaklu teatru tańca, piszą o nim "wytańczyć niewysławialne" - faktycznie to robi. Siedząc tam patrzyłam, czułam, otwierałam kolejne drzwi w sobie, wracałam do tych zagrzebanych gdzieś na dnie świadomości spraw, do tych niewysławialnych, niedokończonych chwil, nie zdając sobie początkowo z tego sprawy. Działał z opóźnionym zapłonem - wyszłam, było ok, ale w miarę jak przybliżałam się do domu czułam coraz bardziej, coraz głębiej. Do domu nie dotarłam. Poszłam na długi spacer, krążyłam po osiedlu, siadłam koło fontanny, zobaczyłam kościół - wiem dobrze, że tam jest, widzę go codziennie, ale wtedy go dostrzegłam, na co dzień jest dla mnie tylko zwykłym budynkiem, szarą strefą, wywołującą wojnę o każde miejsce parkingowe pod blokiem. Zobaczyłam kościół i pomyślałam, że to świetne miejsce żeby usiąść i słuchając starej dobrej Metalliki pomyśleć, rozważyć, przetrawić, wybaczyć sobie, zapomnieć, nie analizować już więcej. Bo co z tego, że miałby... że moje życie byłoby... przecież nie byłoby lepiej - wiem to, słuszność decyzji, którą podjęłabym po raz drugi przytłacza jednak. Chciałam poczuć potęgę tego budynku, wyssać z niego wszystkie soki i raz na zawsze uporać z Nim. Było zamknięte. Wszystkie drzwi były zamknięte. Do kościoła. Do kaplicy. I tylko z boku stała samotnie za ogrodzeniem kiczowata figurka matki, z aureolą i rogami. Taka świecąca gwiazdkami dookoła czoła. I te rogi z gwiazd, symboliczne. Brzemienna była. Ona też. Z dołu na nią patrzyłam, z parteru. I myślałam, że zło nie jest we mnie, że nie czyny są złe, że nie myśli, że to nie tak, że się stało i nic tego nie zmieni. Zmieniam cały czas przecież, buduję życie na nowo, buduję siebie na nowo. Pokutuję za grzechy. Na ziemi już. I nie zapomnę Cię - nigdy. Bo nie chcę zapomnieć, choć czasem ciężko wracać, to nie wymazuje się części siebie przecież...?
14 marca 2008
Romeo and Juliet
Jadąc dziś autobusem z pracy do domu czytałam książkę, pochłonęła mnie niemal bez reszty, jednak przez tą szybę zaczytania dochodziły do mnie czasem jakieś dźwięki. Dość skutecznie udawało mi się od nich izolować, do chwili gdy usłyszałam rozmowę dwóch dzierlatek, w wieku zbliżonym do mnie lub nieco młodszych. A rozmowa owa dotyczyła wesela, sukni ślubnej, welonu i takich tam spraw i to pomnożone przez 2. Bo obie dziewczęta się widać za mąż wybierały. I tylko jedna rzecz mnie zdziwiła i rozbawiła - w całej tej rozmowie nie padło nawet jedno słowo na temat przyszłych mężów wyżej rzeczonych pań. Widać najważniejsze jest wynajęcie i przystrojenie sali (za co jak się dowiedziałam należy zapłacić 700 PLN), ubranie kelnerów, wybranie zaproszeń i zlecenie wydruku odpowiednich nazwisk i cała jeszcze masa innych niepotrzebnych zupełnie jak na mój gust szczegółów. Aha, zapomniałabym - oczywiście barman do robienia drinków, ale alkohol trzeba mieć swój, bo owy barman jedynie za swoje umiejętności karze sobie płacić 1000 PLN. Nic tylko zostać barmanem na weselach...
I wtedy przyszło mi głowy, że też tak zaczynałam planować, jakieś 3 lata temu, że też wpadałam w ten złudny szał, zupełnie bez sensu z resztą. Bo nic z tego nie wyszło. I jestem teraz mądrzejsza o te 3 lata, masę bolesnych doświadczeń związanych z mężczyznami, zupełnie zniechęcona do tego gatunku. I tylko czasem, gdy zapala mi się lampka "samotność" tak jak dziś teraz, siadam sobie po ciemku, włączam jeden jedyny kawałek, żeby leciał w kółko i zapadam w zadumę nad życiem, światem i relacjami damsko-męskimi. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak łatwo pozwalałam się tak głęboko ranić byle komu? Jak to jest, że serce zawsze miałam na dłoni a nikt po nie nie sięgnął? Jak to jest, że boję się tego stanu, znowu od nowa, w zupełnie inny przerażający sposób? Jak to jest, że moja dusza chce znaleźć kogoś bliskiego, kogoś komu można zaufać, powierzyć siebie, a rozum lub też serce, ciało nie zgadzają się z tym? Dlaczego chcąc świadomie znaleźć kogoś podobnego do mnie sięgam do zupełnie innego worka?
Siedziałam sobie w tym autobusie, z książką i przez myśl mi przemknęło - gdyby to miał być mój ślub, teraz, gdyby jakimś cudem znalazł się ten jeden jedyny w co już sama nie wierzę, ale gdyby, to chciałabym tak po prostu wziąć pierwszy wolny termin w USC, poinformować o tym rodzinę, bez zbędnych ceregieli, po prostu pójść tam, w ich towarzystwie, w towarzystwie przyjaciół. Nie ubierać się w żadną suknię ślubną, a jeśli już to taką inną, taką moją, powiedzieć TAK, podpisać co trzeba, a potem wyjść i zabierając całe towarzystwo pojechać na grilla nad jezioro, albo do lasu, albo zaprosić ich do knajpy takiej zwykłej, albo wsiąść w samochód i odjechać w dal. A jeszcze lepiej wsiąść na motor i odjechać w dal. Sama. I tu zaczyna się problem. Myśląc o własnym przyszłym niby-ślubie chciałabym z jednej strony mieć na niego jakąś choć nikłą szansę, ale z drugiej strony chciałabym być sama, niczym nieograniczona. I w dodatku cały czas majaczy mi gdzieś ta moja druga połowa - ona.
Nie wiem, poddaję się, po raz 20-sty chyba leci "Romeo and Juliet" Straisów. Znowu ten motyw - Romea i Julii. Miłość nieszczęśliwa, prześladuje mnie od zawsze.
I wtedy przyszło mi głowy, że też tak zaczynałam planować, jakieś 3 lata temu, że też wpadałam w ten złudny szał, zupełnie bez sensu z resztą. Bo nic z tego nie wyszło. I jestem teraz mądrzejsza o te 3 lata, masę bolesnych doświadczeń związanych z mężczyznami, zupełnie zniechęcona do tego gatunku. I tylko czasem, gdy zapala mi się lampka "samotność" tak jak dziś teraz, siadam sobie po ciemku, włączam jeden jedyny kawałek, żeby leciał w kółko i zapadam w zadumę nad życiem, światem i relacjami damsko-męskimi. Zastanawiam się, jak to się dzieje, że tak łatwo pozwalałam się tak głęboko ranić byle komu? Jak to jest, że serce zawsze miałam na dłoni a nikt po nie nie sięgnął? Jak to jest, że boję się tego stanu, znowu od nowa, w zupełnie inny przerażający sposób? Jak to jest, że moja dusza chce znaleźć kogoś bliskiego, kogoś komu można zaufać, powierzyć siebie, a rozum lub też serce, ciało nie zgadzają się z tym? Dlaczego chcąc świadomie znaleźć kogoś podobnego do mnie sięgam do zupełnie innego worka?
Siedziałam sobie w tym autobusie, z książką i przez myśl mi przemknęło - gdyby to miał być mój ślub, teraz, gdyby jakimś cudem znalazł się ten jeden jedyny w co już sama nie wierzę, ale gdyby, to chciałabym tak po prostu wziąć pierwszy wolny termin w USC, poinformować o tym rodzinę, bez zbędnych ceregieli, po prostu pójść tam, w ich towarzystwie, w towarzystwie przyjaciół. Nie ubierać się w żadną suknię ślubną, a jeśli już to taką inną, taką moją, powiedzieć TAK, podpisać co trzeba, a potem wyjść i zabierając całe towarzystwo pojechać na grilla nad jezioro, albo do lasu, albo zaprosić ich do knajpy takiej zwykłej, albo wsiąść w samochód i odjechać w dal. A jeszcze lepiej wsiąść na motor i odjechać w dal. Sama. I tu zaczyna się problem. Myśląc o własnym przyszłym niby-ślubie chciałabym z jednej strony mieć na niego jakąś choć nikłą szansę, ale z drugiej strony chciałabym być sama, niczym nieograniczona. I w dodatku cały czas majaczy mi gdzieś ta moja druga połowa - ona.
Nie wiem, poddaję się, po raz 20-sty chyba leci "Romeo and Juliet" Straisów. Znowu ten motyw - Romea i Julii. Miłość nieszczęśliwa, prześladuje mnie od zawsze.
11 marca 2008
Frazesy
Wyświechtane frazesy ciągle są w powszechnym użyciu, na przykład: "znajdziesz tego który te rany wyleczy i zapomnisz o całym świecie" - świetnie, Pan Leczący Rany, raz!
Są w życiu sytuacje, które wywołują reakcję łańcuchową, są zdania będące jak setki małych i niezwykle ostrych igiełek, wbijających się w najczulsze miejsce. Słowa przybierają wtedy kształt jeżozwierza i płynąc w kierunku mózgu, ranią po drodze serce i płuca powodując bolesny ucisk w klatce piersiowej, odbierając oddech na ułamek sekundy. Są wreszcie takie chwile, gdy czujesz się jakby ktoś wyrwał Ci serce i rzucił je na pożarcie lwom, a potem stwierdził, że może jednak nie, że może jednak je zwróci i zwrócił - takie dziurawe, powygryzane, lekko przeżute, ale przecież nadal Twoje. Trzęsą Ci się ręce, zaczynasz szczękać zębami i myślisz "po co się denerwować, po co, szkoda nerwów, szkoda czasu, szkoda energii" a energia powoli sącząc się wycieka spod paznokci zostawiając mokre ślady na blacie. Czasem taki stan pcha Cię w stronę autodestrukcji i bierzesz nóż, sięgasz po kieliszek, papierosa. Czasem po prostu zamykasz oczy i topisz we własnej krwi krzyczące coraz głośniej, domagające się uwagi uczucia, emocje. A potem z diabolicznym uśmiechem na ustach wstajesz i wypluwasz przeżute resztki miłości. Składasz ofiarę całopalenia, od wewnątrz płonąc ogniem żywym.
Są w życiu sytuacje, które wywołują reakcję łańcuchową, są zdania będące jak setki małych i niezwykle ostrych igiełek, wbijających się w najczulsze miejsce. Słowa przybierają wtedy kształt jeżozwierza i płynąc w kierunku mózgu, ranią po drodze serce i płuca powodując bolesny ucisk w klatce piersiowej, odbierając oddech na ułamek sekundy. Są wreszcie takie chwile, gdy czujesz się jakby ktoś wyrwał Ci serce i rzucił je na pożarcie lwom, a potem stwierdził, że może jednak nie, że może jednak je zwróci i zwrócił - takie dziurawe, powygryzane, lekko przeżute, ale przecież nadal Twoje. Trzęsą Ci się ręce, zaczynasz szczękać zębami i myślisz "po co się denerwować, po co, szkoda nerwów, szkoda czasu, szkoda energii" a energia powoli sącząc się wycieka spod paznokci zostawiając mokre ślady na blacie. Czasem taki stan pcha Cię w stronę autodestrukcji i bierzesz nóż, sięgasz po kieliszek, papierosa. Czasem po prostu zamykasz oczy i topisz we własnej krwi krzyczące coraz głośniej, domagające się uwagi uczucia, emocje. A potem z diabolicznym uśmiechem na ustach wstajesz i wypluwasz przeżute resztki miłości. Składasz ofiarę całopalenia, od wewnątrz płonąc ogniem żywym.
09 marca 2008
Ławeczka
Tak sobie wczoraj przechodziłam koło naszej ławeczki, a że akurat słuchałam muzyki z okresu łączącego się nierozerwalnie z tąż ławeczką postanowiłam na niej usiąść. Po turecku, jak zawsze. I zabrakło mi tylko gitary i kapusty kiszonej lub też Schlemmer Bomby orzechowej i... Nothing else matters...Zamknęłam oczy i zobaczyłam świat takim jakim widziałam go kiedyś, nie z perspektywy lat o dziwo, tylko swoimi oczami gdy byłam o połowę młodsza, gdy świat wydawał się prosty i taki właśnie był. Teraz nic nie jest proste, albo też wszystko jest proste inaczej. I pomyślałam sobie, że zawsze wybierałam sobie mężczyzn z kręgu dobrze znanych, przyjaciół, lub chociaż nieco znajomych. Nie zdarzyło mi się tak po prostu popatrzeć na kogoś i stwierdzić - to jest moja druga połowa. Zakochiwałam się w chłopcach, nigdy nie zakochałam się w mężczyźnie. Nigdy nie zakochałam się w kobiecie, nie mówię, że mnie nie fascynowały, nie podobały mi się. Po prostu nie znalazłam tej jedynej. Jeszcze. A teraz odkrywam znowu, że szukam wśród osób dobrze znanych, że boję się wyjść na zewnątrz. Spróbowałam raz i się sparzyłam. Spróbowałam wiele razy ze znajomymi i wiele razy się sparzyłam. A uosobienie cech idealnych niemalże, wulkan ciepła znalazłam całkiem przypadkiem u siebie w domu. I co z tego??
Oglądałam w nocy Gię, ten film za każdym razem mnie rozczula, pokazuje mi coś nowego, uświadamia.
Moja świadomość wybiera zawsze mylnie, podświadomość czasem się z nią zgadza, czasem nie, czasem wybiera kogoś kogo świadomość nie jest w stanie zaaprobować. Wniosek z tego taki, że żaden wybór nie jest wyborem.
Oglądałam w nocy Gię, ten film za każdym razem mnie rozczula, pokazuje mi coś nowego, uświadamia.
Moja świadomość wybiera zawsze mylnie, podświadomość czasem się z nią zgadza, czasem nie, czasem wybiera kogoś kogo świadomość nie jest w stanie zaaprobować. Wniosek z tego taki, że żaden wybór nie jest wyborem.
04 marca 2008
Stu(kot) stóp Jeny
Wstała i otrzepała się z okruszków ciasta. Spojrzała na poplamiony czekoladą talerz – wyglądał jak umazany gównem. Rozejrzała się dookoła. W lokalu, oprócz niej nie było prawie nikogo. Przy barze siedział chłopak, być może powinna powiedzieć mężczyzna - w ciemnozielonym lekko powyciąganym swetrze, na oko lat 23, może 24. Na twarzy miał wczorajszy zarost, włosy delikatnie zmierzwione, koloru bliżej nie dającego się określić. Takiego nijakiego. Twarz też miał nijaką, zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się z tłumu. A jednak było w nim coś, co przyciągało uwagę, elektryzowało. Jakby unosiła się nad nim woń śmierci. Zamknęła oczy, potrząsnęła głową, jakby chciała strzepnąć myśli, wstrząsnąć je, wymieszać te dobre ze złymi. Stworzyć koktajl wybuchowy. Dzisiejszy nastrój spowodowany przez bliżej nieokreślone zdarzenie z dalekiej przeszłości, powtarzał się już któryś dzień z kolei. Niby wszystko było w porządku, żadnych stresów w pracy, w domu, a jednak coś cały czas zaprzątało jej myśli. Nie pozwalało o sobie zapomnieć. Niszczycielska siła, gdzieś w środku, w samym centrum niej. Zmrużyła powieki, odwracając się w stronę wyjścia natrafiła na jasny snop światła słonecznego, wpadającego do ciemnego lokalu przez przymknięte drzwi. Gwałtownie się cofnęła, jakby ten promień miał wypalić w niej dziurę, spopielić ją. Odwróciła głowę, z przepastnej torby wyciągnęła okulary przeciwsłoneczne. Założyła je, zakrywając niemalże przezroczyste, wypłowiałe tęczówki. Ich kolor od zawsze dopasowywał się do nastroju, przechodząc od ciemnego brązu, przez żółć, zieleń, błękit aż do takiego jak dziś - koloru wody. Ktoś jej kiedyś powiedział, że wygląda złowieszczo. Tak się składa, że były to jego ostatnie słowa. Skończył pod kołami ciężarówki, jakby wypchnięty na ulicę magiczną, niewidzialną ręką. Odgarnęła opadający na oczy kosmyk czekoladowych włosów, jeszcze raz rzuciła wzrokiem na chłopaka przy barze i mrucząc coś pod nosem wyszła na dwór.
Dzień był wyjątkowo słoneczny, pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny sprawiały, że czuło się w powietrzu jakąś magię, nieprzewidywalność natury. Było jeszcze dość chłodno, ale wiatr pachniał świeżą trawą, mokrą ziemią, budzącym się ze snu zimowego życiem. Na dachach domów wylegiwały się koty, wygrzewając swoje małe ciałka na słońcu, połykając chciwie każdą najmniejszą nawet dawkę ciepła. Po chodnikach sunęły ludzkie masy, poprzetykane gdzieniegdzie kolorowymi spódniczkami i kurtkami dziewczyn spragnionych miłosnych uniesień tak szeroko reklamowanych już od połowy lutego. W tym oczekiwaniu epatowały ukrytym jeszcze nieco seksem, nie zdając sobie sprawy, że wywołują niezwykle barwne fantazje nie w głowach swoich starszych kolegów, a dziadków, ojców, wujków i nauczycieli. Nieświadome swojej ogromnej siły i przewagi kroczyły na obcasach dumne jak pawie, obnosząc swoje nie do końca jeszcze rozwinięte umysły opakowane w aż za nadto rozwinięte ciała.
Jeny wyszła na ten świat i zderzając się z jego zapachem i smakiem skuliła się na chwilę wciągając głęboko w nozdrza to zatrute powietrze, by za ułamek sekundy napełnić nim płuca, ciało, umysł. Wciągając powietrze odchyliła lekko głowę, wyciągając swe ciało w delikatny łuk, otworzyła półprzymknięte oczy i opuszczając głowę wypuściła resztkę smogu z płuc. Zapach wiosny, zapach śmierci. Od tych kilku dni, wszystko miało dla niej zapach śmierci, zapach tak kuszący, intrygujący, podniecający. Uśmiechnęła się do siebie diabolicznie. Na szczęście nikt nie zwrócił na nią uwagi, wszyscy zajęci byli podążaniem do pracy, do swoich zajęć, domów, mężów, żon, dzieci, obowiązków. Wtopiła się w tłum. Pozwoliła porwać się tej ludzkiej fali, poprowadzić w stronę przeznaczenia.
Dzień był wyjątkowo słoneczny, pierwsze oznaki nadchodzącej wiosny sprawiały, że czuło się w powietrzu jakąś magię, nieprzewidywalność natury. Było jeszcze dość chłodno, ale wiatr pachniał świeżą trawą, mokrą ziemią, budzącym się ze snu zimowego życiem. Na dachach domów wylegiwały się koty, wygrzewając swoje małe ciałka na słońcu, połykając chciwie każdą najmniejszą nawet dawkę ciepła. Po chodnikach sunęły ludzkie masy, poprzetykane gdzieniegdzie kolorowymi spódniczkami i kurtkami dziewczyn spragnionych miłosnych uniesień tak szeroko reklamowanych już od połowy lutego. W tym oczekiwaniu epatowały ukrytym jeszcze nieco seksem, nie zdając sobie sprawy, że wywołują niezwykle barwne fantazje nie w głowach swoich starszych kolegów, a dziadków, ojców, wujków i nauczycieli. Nieświadome swojej ogromnej siły i przewagi kroczyły na obcasach dumne jak pawie, obnosząc swoje nie do końca jeszcze rozwinięte umysły opakowane w aż za nadto rozwinięte ciała.
Jeny wyszła na ten świat i zderzając się z jego zapachem i smakiem skuliła się na chwilę wciągając głęboko w nozdrza to zatrute powietrze, by za ułamek sekundy napełnić nim płuca, ciało, umysł. Wciągając powietrze odchyliła lekko głowę, wyciągając swe ciało w delikatny łuk, otworzyła półprzymknięte oczy i opuszczając głowę wypuściła resztkę smogu z płuc. Zapach wiosny, zapach śmierci. Od tych kilku dni, wszystko miało dla niej zapach śmierci, zapach tak kuszący, intrygujący, podniecający. Uśmiechnęła się do siebie diabolicznie. Na szczęście nikt nie zwrócił na nią uwagi, wszyscy zajęci byli podążaniem do pracy, do swoich zajęć, domów, mężów, żon, dzieci, obowiązków. Wtopiła się w tłum. Pozwoliła porwać się tej ludzkiej fali, poprowadzić w stronę przeznaczenia.
Ona/on/oni
Bo czymże jest związek? Kto narzucił jakieś sztywne ramy? Kto wymaga by podlegał określonym odgórnie zasadom, prześwietlaniu przez lupę, dyskusjom wszystkowiedzących starców? Kto dyktuje warunki, wyznacza terminy, określa granice dobrego smaku? Czy uleganie ogólnie przyjętym normom jest w stanie zapewnić nam szczęście, wieczną radość życia i spełnienie? Czy pojęcie "normalność" można zastosować do każdego w taki sam sposób? Czy warto wierzyć tym, którzy twierdzą, że chcą dla nas najlepiej?
A może lepiej układać swoje życie, relacje po swojemu? Może lepiej zamknąć oczy, uszy, usta i zaufać instynktowi? Rzucić się w wir świata, stanąć na krawędzi przepaści życia i nałożyć się na powietrze pod nami, objąć je jak kulę. I uwierzyć, że się nie spadnie, że zamiast tego wzleci się w górę na skrzydłach wyobraźni, kierowanej marzeniami. Pociągając za sznurki życzeń sterować sobą jak latawcem i dryfować tam, gdzie jest najjaśniej, najsłoneczniej, najcieplej. A tam, na końcu drogi trafić w czyjeś kochające, pełne ciepła ramiona. Otulić ciało mgiełką zapomnienia i zanurzyć się w niej, w nim, w... Bo miłość nie ma płci. Bo kocha się duszę, nie ciało. Skroplić oddech na ukochanej szyi, bezpłciowej. I bezpłciowo dotknąć dłonią dłoni, wybadać końce palców, wnętrze i jego ciepło i zamknąć dłoń swoją w tej dłoni i zamknąć dłoń tamtą w swej dłoni i nie pamiętać już dłużej nużących szeptów ludzkich. A dookoła nas zieleń soczysta i pachnąca, sad wiśniowy i jaśmin i piwonie o zapachu tak ciężkim jak pożądanie.
A może lepiej układać swoje życie, relacje po swojemu? Może lepiej zamknąć oczy, uszy, usta i zaufać instynktowi? Rzucić się w wir świata, stanąć na krawędzi przepaści życia i nałożyć się na powietrze pod nami, objąć je jak kulę. I uwierzyć, że się nie spadnie, że zamiast tego wzleci się w górę na skrzydłach wyobraźni, kierowanej marzeniami. Pociągając za sznurki życzeń sterować sobą jak latawcem i dryfować tam, gdzie jest najjaśniej, najsłoneczniej, najcieplej. A tam, na końcu drogi trafić w czyjeś kochające, pełne ciepła ramiona. Otulić ciało mgiełką zapomnienia i zanurzyć się w niej, w nim, w... Bo miłość nie ma płci. Bo kocha się duszę, nie ciało. Skroplić oddech na ukochanej szyi, bezpłciowej. I bezpłciowo dotknąć dłonią dłoni, wybadać końce palców, wnętrze i jego ciepło i zamknąć dłoń swoją w tej dłoni i zamknąć dłoń tamtą w swej dłoni i nie pamiętać już dłużej nużących szeptów ludzkich. A dookoła nas zieleń soczysta i pachnąca, sad wiśniowy i jaśmin i piwonie o zapachu tak ciężkim jak pożądanie.
03 marca 2008
Marzenia?
Nienawidzę czekania, zamienia ono moje życie w przystanek autobusowy. Zwykłe, codzienne czynności stają się zbyt trudne, rytm egzystencji zaburzony, świadomość krąży gdzieś ponad moją głową, zataczając koła jak sęp nad padliną. Istota świata – czekanie, oczekiwanie na spełnienie marzeń. Zawsze na coś się czeka – w kolejce do kasy, na pensję, na zielone, na zajęcia, na zebranie, na telefon, na smsa, na kogoś. Wieczne wypatrywanie, zastyganie w bezruchu, usypianie instynktu zabójcy, rozmywanie prawdy, zawieszanie czasoprzestrzeni. I po co to wszystko? Żeby doczekać się nicości, bylejakości, szarości dnia codziennego. Doczekać się po prostu niczego. Albo jakiegoś magicznego słowa, gestu, dźwięku, obrazu. Zobaczyć znowu kogoś na kim mi zależało, tylko po to, żeby się przekonać, że nic już nie czuję. Że pozbyłam się marzeń. Albo znowu drżenie serca przez moment i powrót w wieczną kolejkę po życie.
A potem już tylko mrok, potem już tylko pustka, ciche jęki, skrzypienie trumiennych desek, pod naporem ziemi, która je przysypuje. A w środku leżą nadgryzione zębem czasu, lekko rozkładające się już zwłoki marzeń. Z siekierą w plecach, zbrukane krwią, z podcinanymi wielokrotnie żyłami, po których zostały tylko zgrubiałe blizny na nadgarstkach. I patrząc im w oczy, szukasz siebie, tej sprzed kilku dni, kilku miesięcy, kilku lat. Patrzysz im w oczy, a w oczodołach widzisz tylko wstrętne, padlinożerne glizdy. I nic tam nie znajdziesz. Tylko kres, koniec, śmierć.
A potem już tylko mrok, potem już tylko pustka, ciche jęki, skrzypienie trumiennych desek, pod naporem ziemi, która je przysypuje. A w środku leżą nadgryzione zębem czasu, lekko rozkładające się już zwłoki marzeń. Z siekierą w plecach, zbrukane krwią, z podcinanymi wielokrotnie żyłami, po których zostały tylko zgrubiałe blizny na nadgarstkach. I patrząc im w oczy, szukasz siebie, tej sprzed kilku dni, kilku miesięcy, kilku lat. Patrzysz im w oczy, a w oczodołach widzisz tylko wstrętne, padlinożerne glizdy. I nic tam nie znajdziesz. Tylko kres, koniec, śmierć.
28 lutego 2008
Historia pewnego łóżka
Nasza historia zaczyna się wiele lat temu, na oko jakieś 30, może 35, w chwili gdy jakiś cieśla, w jakimś zakładzie produkcyjnym tchnął w nie życie. I tak oto, łóżko się stało. Najpierw zajmował się nim ojciec, zanim je dopieścił i przygotował do dorosłego życia traktował je z wielką troską i otaczał bezgraniczną wręcz opieką. Szlifował, polerował, wygładzał, lakierował i gdy wreszcie skończył popatrzył na swoje dziecko z dumą i oddał je do adopcji. Łóżko adoptowała pewna pani, osoba samotna, dość już wiekowa ale obdarzona dobrym smakiem. Miało u niej dobrze, nie było nadmiernie wykorzystywane, nikt go nie edukował przedwcześnie, mieszkało w pokoju z różnymi innymi meblami, miało nawet obok siebie swoją siostrę - szafkę nocną. Było mu dobrze. Niestety pewnego dnia pani poczuła się źle i została zabrana do miejsca, z którego już nie wróciła. Łóżko bardzo cierpiało, było niezwykle samotne. W końcu, po kilku tygodniach przyjechali jacyś ludzie i spakowali cały dobytek jego dobrodziejki, zabrali wszystko, łącznie z nim i wpakowali to do wielkiej ciężarówki. Łóżko straciło kontakt z materacem - został on brutalnie porzucony na wysypisku, samo natomiast trafiło do jakiegoś magazynu. Stało tam przez pewien czas, w ciemnościach, smutne, przerażone i samotne. Bo choć wokół były jego koleżanki i koledzy jakoś nie umieli znaleźć wspólnego języka, każdy z nich pochodził z innej części kraju, byli też tacy, którzy przyjechali z bardzo daleka. W końcu, któregoś dnia zjawili się ludzie, wybrali kilkanaście różnych mebli z magazynu, między innymi właśnie Je. Towarzystwo trafiło ponownie na pakę wielkiego TIRa i ruszyło w nieznane. Jechało tak i jechało, przez ponad dwie doby, zatrzymując się co jakiś czas, jednak nikt nie otwierał drzwi i nie informował gdzie i po co jadą. Meble miały nadzieję, że trafią do nowych domów, że ktoś je przygarnie...
Ocknęło się z drzemki, gdy skrzypnęły drzwi ciężarówki. Do środka wpadł snop światła, bardzo jasnego i jaskrawego, rażącego w oczy. Dały się słyszeć głosy, mówiące w jakimś dziwnym, niezrozumiałym języku. Meble przestraszyły się i zamarły na chwilę. Potem, gdy ich oczy przyzwyczaiły się do światła ujrzały kilku mężczyzn, zniszczonych przez życie, ale uśmiechniętych, a także dziwny magazyn, jakby pomniejszony hangar samolotowy. Na boku hangaru widniał napis EMAUS. Nastąpił konspiracyjny szmer, meble trochę się rozluźniły, ludzie weszli do środka kontenera ciężarówki i powoli zaczęli wynosić jeden po drugim. Łóżko wraz z resztą towarzystwa trafiło do hangaru, gdzie zostało dokładnie obejrzane, wycenione i przeniesione na salę sprzedaży. Tam przywitało się z nowymi kolegami i koleżankami. Jak się okazało było to miejsce magiczne i wielokulturowe, były tam stare szafy pamiętające jeszcze lata 50-te XX wieku, sekretarzyki i komódki z lat 40-tych, ale także młodsze towarzystwo, na przykład kanapy czy fotele mające nie więcej niż 5-10 lat.
I wtedy, gdy zaprzyjaźniało się z resztą ujrzała je pewna dziewczyna, podeszła do niego najpierw nieśmiało, musiała pokonać istny tor przeszkód złożony z różnego rodzaju stołków, krzeseł, wersalek i foteli. Gdy podeszła na tyle blisko, że mogła go dotknąć na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, zawołała coś do drugiej, nieco starszej kobiety. A potem zaczęła coś żywo opowiadać, wykrzykując od czasu do czasu jakieś och! ach! super! i inne tego typu słowa. Po krótkiej naradzie, panie udały się do kasy, a łóżko dostało kartkę z napisem SPRZEDANE. Zapadł zmrok, meble poszły spać, łóżko nie mogło zasnąć w nowym miejscu, tym bardziej, że było podekscytowane całą tą sytuacją, czuło, że ten dziwny napis oznacza, że ktoś złożył podanie o ponowną adopcję i niebawem będzie miało dom. Czekało od rana pełne nadziei i w końcu, po południu pojawiła się ponownie dziewczyna, tym razem w towarzystwie jakiegoś starszego mężczyzny. Łóżko zostało wyniesione z powrotem na magazyn i tam rozmontowane, a potem wpakowane do zwykłego samochodu. Ruszyli. Jechali niezbyt długo, jakieś 15 minut, zatrzymali się przed jakimś garażem, wyciągnęli go i w częściach oparli o ścianę. I tak go zostawili. Zrobiło mu się smutno, pomyślało, że jednak nie ma szans na powrót do życia, jego nadzieja nieco zbladła. Drzwi do garażu zamknęły się. Następnego dnia ktoś je kilka razy otwierał i zamykał, nie zwracając na niego zupełnie uwagi i dopiero po dwóch dniach przyszła dziewczyna. Przyniosła papier ścierny i zaczęła wyciągać kawałek po kawałku jego części składowe. Najpierw zabrała się za wezgłowie, łóżko poczuło lekkie drapanie, jakby mrowienie, było to całkiem przyjemne uczucie. Zobaczyło jak powoli zmienia kolor, stając się jaśniejsze, gładsze, jak zrzuca starą, pomarszczoną i popękaną skórę. Operacja odnowy trwała 2 dni. Po niej łóżko zostało wniesione do jasnego, przestronnego pokoju i ustawione w kącie, przy ścianie. Dostało też nowy materac, z którym od razu się zaprzyjaźniło. Pierwsza noc była magiczna, poczuło głęboka więź ze swoją nową matką, trochę poskrzypując starało się przyzwyczaić do sytuacji, stać się najwygodniejsze jak to tylko możliwe.
Razem z panią przeprowadziło się do innego mieszkania, znowu było rozkładanie, przenoszenie, potem nowy pokój, meblowanie, przestawianie. Po raz pierwszy doświadczyło naporu dwóch połączonych w jedno ciał, po raz pierwszy poczuło namiętność. Dorosło. A później jego pani nagle odeszła, zabrała inne meble a jego tak po prostu zostawiła, po 6 latach razem. Było mu strasznie przykro. Przez długi czas stało zupełnie nieużywane, od czasu do czasu spała na nim jakaś starsza kobieta, czasem jacyś inni goście. Na co dzień jednak służyło głównie jako składnica różnych rupieci.
Ale pewnego dnia pani wróciła, spała na nim przez prawie dwa tygodnie, trochę płakała, przytulała się do niego bardzo mocno. Miało nadzieję, że to nie przez niego, że jakoś jej pomoże. A ona znów zniknęła. Nie było jej przez ponad pół roku. I nagle przyszedł dzień, kiedy zostało rozłożone na części pierwsze. Przeraziło się, że chcą się go pozbyć, że zrobiło coś złego, że nie jest im już potrzebne. I wtedy zjawiła się pani, razem z jakimś sympatycznym chłopakiem i zaczęli go wynosić do busa. Jadąc na pace, słyszało jak tamtych dwoje się śmieje, jak sobie o czymś opowiadają. I wtedy zrozumiało, że wreszcie trafia do DOMU.
Ocknęło się z drzemki, gdy skrzypnęły drzwi ciężarówki. Do środka wpadł snop światła, bardzo jasnego i jaskrawego, rażącego w oczy. Dały się słyszeć głosy, mówiące w jakimś dziwnym, niezrozumiałym języku. Meble przestraszyły się i zamarły na chwilę. Potem, gdy ich oczy przyzwyczaiły się do światła ujrzały kilku mężczyzn, zniszczonych przez życie, ale uśmiechniętych, a także dziwny magazyn, jakby pomniejszony hangar samolotowy. Na boku hangaru widniał napis EMAUS. Nastąpił konspiracyjny szmer, meble trochę się rozluźniły, ludzie weszli do środka kontenera ciężarówki i powoli zaczęli wynosić jeden po drugim. Łóżko wraz z resztą towarzystwa trafiło do hangaru, gdzie zostało dokładnie obejrzane, wycenione i przeniesione na salę sprzedaży. Tam przywitało się z nowymi kolegami i koleżankami. Jak się okazało było to miejsce magiczne i wielokulturowe, były tam stare szafy pamiętające jeszcze lata 50-te XX wieku, sekretarzyki i komódki z lat 40-tych, ale także młodsze towarzystwo, na przykład kanapy czy fotele mające nie więcej niż 5-10 lat.
I wtedy, gdy zaprzyjaźniało się z resztą ujrzała je pewna dziewczyna, podeszła do niego najpierw nieśmiało, musiała pokonać istny tor przeszkód złożony z różnego rodzaju stołków, krzeseł, wersalek i foteli. Gdy podeszła na tyle blisko, że mogła go dotknąć na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech, zawołała coś do drugiej, nieco starszej kobiety. A potem zaczęła coś żywo opowiadać, wykrzykując od czasu do czasu jakieś och! ach! super! i inne tego typu słowa. Po krótkiej naradzie, panie udały się do kasy, a łóżko dostało kartkę z napisem SPRZEDANE. Zapadł zmrok, meble poszły spać, łóżko nie mogło zasnąć w nowym miejscu, tym bardziej, że było podekscytowane całą tą sytuacją, czuło, że ten dziwny napis oznacza, że ktoś złożył podanie o ponowną adopcję i niebawem będzie miało dom. Czekało od rana pełne nadziei i w końcu, po południu pojawiła się ponownie dziewczyna, tym razem w towarzystwie jakiegoś starszego mężczyzny. Łóżko zostało wyniesione z powrotem na magazyn i tam rozmontowane, a potem wpakowane do zwykłego samochodu. Ruszyli. Jechali niezbyt długo, jakieś 15 minut, zatrzymali się przed jakimś garażem, wyciągnęli go i w częściach oparli o ścianę. I tak go zostawili. Zrobiło mu się smutno, pomyślało, że jednak nie ma szans na powrót do życia, jego nadzieja nieco zbladła. Drzwi do garażu zamknęły się. Następnego dnia ktoś je kilka razy otwierał i zamykał, nie zwracając na niego zupełnie uwagi i dopiero po dwóch dniach przyszła dziewczyna. Przyniosła papier ścierny i zaczęła wyciągać kawałek po kawałku jego części składowe. Najpierw zabrała się za wezgłowie, łóżko poczuło lekkie drapanie, jakby mrowienie, było to całkiem przyjemne uczucie. Zobaczyło jak powoli zmienia kolor, stając się jaśniejsze, gładsze, jak zrzuca starą, pomarszczoną i popękaną skórę. Operacja odnowy trwała 2 dni. Po niej łóżko zostało wniesione do jasnego, przestronnego pokoju i ustawione w kącie, przy ścianie. Dostało też nowy materac, z którym od razu się zaprzyjaźniło. Pierwsza noc była magiczna, poczuło głęboka więź ze swoją nową matką, trochę poskrzypując starało się przyzwyczaić do sytuacji, stać się najwygodniejsze jak to tylko możliwe.
Razem z panią przeprowadziło się do innego mieszkania, znowu było rozkładanie, przenoszenie, potem nowy pokój, meblowanie, przestawianie. Po raz pierwszy doświadczyło naporu dwóch połączonych w jedno ciał, po raz pierwszy poczuło namiętność. Dorosło. A później jego pani nagle odeszła, zabrała inne meble a jego tak po prostu zostawiła, po 6 latach razem. Było mu strasznie przykro. Przez długi czas stało zupełnie nieużywane, od czasu do czasu spała na nim jakaś starsza kobieta, czasem jacyś inni goście. Na co dzień jednak służyło głównie jako składnica różnych rupieci.
Ale pewnego dnia pani wróciła, spała na nim przez prawie dwa tygodnie, trochę płakała, przytulała się do niego bardzo mocno. Miało nadzieję, że to nie przez niego, że jakoś jej pomoże. A ona znów zniknęła. Nie było jej przez ponad pół roku. I nagle przyszedł dzień, kiedy zostało rozłożone na części pierwsze. Przeraziło się, że chcą się go pozbyć, że zrobiło coś złego, że nie jest im już potrzebne. I wtedy zjawiła się pani, razem z jakimś sympatycznym chłopakiem i zaczęli go wynosić do busa. Jadąc na pace, słyszało jak tamtych dwoje się śmieje, jak sobie o czymś opowiadają. I wtedy zrozumiało, że wreszcie trafia do DOMU.
26 lutego 2008
Wiosna, wiosna, ach to Ty
No i poczułam wiosnę... Przywdziałam dziś piękną, krótką spódnicę i równie piękne zimowe trampki i tak odziana kłułam w oczy moich szanownych kolegów z pracy:) A kłucie to było ogromne i robiące wrażenie iście piorunujące. I tak zamierzam pokłuć jeszcze jakiś czas, do wieczora zapewne, w przynajmniej trzech różnych miejscach:)
Posłuchaj
Posłuchaj
25 lutego 2008
Jaki był ten dzień?
Siedzę właśnie z kieliszkiem wina i usiłując złapać Ipek chowającą się w najciemniejszych kątach pokoju myślę o mijającym dniu. A obfitował w emocje, uczucia, wspomnienia nawet. Były pogaduchy z przyjaciółką, była melancholia i samotność, był taniec, była nawet wizyta w moim byłym domu, u mojego byłego mężczyzny. Domu, który wygląda jakbym się stamtąd wyprowadziła wczoraj a nie prawie 8 miesięcy temu, domu, w którym wszystko zostało tak jak ja to zostawiłam... Moja doniczka z kwiatkiem, mój obrus, moje szafki w łazience... I chyba nawet moje zdjęcie na szafce, co prawda leżące a nie stojące, ale jednak. Podroczyłam się z byłym, w końcu pomógł mi znieść szafki do samochodu, potem wysłuchałam streszczenia co robił w ostatnim czasie, przytuliłam się mocno, pocałowałam w policzek, wsiadłam w samochód i pojechałam. A w domu, jak to w domu - wiertarka udarowa i dziurawienie ścian. Nawet ja miałam okazję dwie dziury zrobić!! Takie małe a cieszy:)
Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął,
czy mnie wyniósł pod niebo,
czy rzucił na dno.
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie
czy był tylko nadzieją na dobre i złe?
Bardzo lubię ten tekst, przez długi czas nuciłam go wieczorami przy akompaniamencie gitary. Może do tego wrócę?
Jaki był ten dzień,
co darował, co wziął,
czy mnie wyniósł pod niebo,
czy rzucił na dno.
Jaki był ten dzień,
czy coś zmienił, czy nie
czy był tylko nadzieją na dobre i złe?
Bardzo lubię ten tekst, przez długi czas nuciłam go wieczorami przy akompaniamencie gitary. Może do tego wrócę?
Glazurnik
Otóż wiem już, dlaczego zrezygnowałam z poruszania się po mieście jakże uroczą i barwną komunikacją miejską. A otóż zapewne z powodu nadmiaru atrakcji, które mogą mnie dzięki niej spotkać. Bo jeśli coś spotka mnie nawet poza obrębem własnego samochodu to zawsze mogę do niego wsiąść, zrobić kłap drzwiami i odizolować się od fantastycznych problemów przystankowiczów. Ale widać mój umysł domagał się przypomnienia tych oczywistych faktów i dziś kątem oka odnotowując piękną pogodę wysłał mnie na spacer połączony z eskapadą trolejbusową. Dzięki temu zaczerpnęłam nieco nieświeżego powietrza i pobyłam na dworze, wystawiając twarz na bardzo anemiczne jeszcze promyki słońca. Dzięki zaś faktowi, iż komunikacja w niedzielę jeździ rzadko i jak coś ucieknie to na następne coś trzeba czekać odpowiednio długo, postanowiłam się przespacerować na kolejny przystanek, po jakże uroczej dzielnicy robotniczej, gdzie spożywałam uprzednio proszony obiad, w światłym gronie. No i pech chciał, że w poszukiwaniu herbaty liściastej, gatunek Earl Grey odwiedziłam wszystkie sklepy spożywcze znajdujące się na mojej drodze, w jednym z nich zaś uiszczając należność za niezbyt smaczne napoleonki, zostałam zaczepiona i delikatnie obmacana (dzięki bogu jedynie po włosach) przez osobnika lat około 25, lekko podchmielonego i jak się bardzo szybko okazało opuszczonego przez dziewczynę. Dziewczę owe miało ponoć równie piękne włosy i mam wrażenie, że było dość inteligentną istotą skoro przejrzało na oczy i opuściło wyżej wspomnianego pana. Miałam nadzieję, że pan się po prostu zdematerializuje ze swoim nowo nabytym piwem mocnym, niestety tak najwyraźniej nie posiadł jeszcze tej jakże cennej umiejętności i spotkałam go na przystanku. I w tejże chwili zaczął się mój horror. Jako osoba dobrze wychowana i wykształcona, nie za bardzo umiem zastosować ciętą ripostę w postaci "spierdalaj", zatem niezbyt dobrze mi szło odmawianie na zaproszenia na obiad/kolację/kawę oraz tłumaczenie, że nie musi dla mnie wszystkiego robić, oraz że nie potrzebuję ochroniarza bo obronić się jestem w stanie sama. Moje zniecierpliwienie osiągnęło jednak apogeum po ty, jak dowiedziałam się, iż jestem jego wymarzoną dziewczyną (tak, tak, oczywiście) oraz, że bardzo go podniecam. Ta ostatnia informacja nie była mi raczej do niczego potrzebna. Pan co prawda bardzo dużo starań wkładał w swoje wypowiedzi i nawet sugestia, że nie wymienimy się telefonami, bo ja swój bardzo lubię, nie zbiła go z tropu. A jaki był pewny siebie, poinformował mnie nawet, że studiuje, a właściwie to chodzi na studia z zakresu i tu uwaga - Zarządzania środkami unijnymi! No, no, no, ciekawa sprawa... Widać teraz każdy może studiować, nawet pan bardzo dobrze układający glazurę od 7 do 15 a potem w prywatnych mieszkaniach po godzinach.
W końcu jak mi się wydawało uwolnię się od pana wsiadając w trolejbus, niestety wsiadł razem ze mną. Bogu dzięki udało mi się uniknąć przysiądnięcia się do mnie, za to nie obyło się bez prób zaimponowania mi swoją siłą i głupotą poprzez zaczepianie jakiegoś biednego, bogu ducha winnego chłopaka.
No i mam swojego bodyguarda, taki silny a piwa nie umiał nawet zębami otworzyć...
W końcu jak mi się wydawało uwolnię się od pana wsiadając w trolejbus, niestety wsiadł razem ze mną. Bogu dzięki udało mi się uniknąć przysiądnięcia się do mnie, za to nie obyło się bez prób zaimponowania mi swoją siłą i głupotą poprzez zaczepianie jakiegoś biednego, bogu ducha winnego chłopaka.
No i mam swojego bodyguarda, taki silny a piwa nie umiał nawet zębami otworzyć...
22 lutego 2008
Shakespeare
Jako fanka tegoż pana byłam dziś na Ogólnopolskim Przeglądzie Inscenizacji Fragmentów Dzieł Williama Szekspira w Języku Angielskim, w którym to bierze udział młodzież w wieku szkolnym. Muszę stwierdzić, że było to dość interesujące zjawisko. Poziom jaki owe dzieci i młodzież przedstawiały był tak nierówny, że nie dałam rady dotrwać do końca, choć miałam taki ambitny plan udając się tam. Cóż, wyszłam po bardzo dobrze zagranej scenie z Króla Leara, stwierdziwszy, że jeśli za chwilę zobaczę coś na żenującym poziomie a jest tego dość wysokie prawdopodobieństwo będę mocno zniesmaczona. A tak przynajmniej zachowałam w pamięci te dograne do końca fragmenty, monologi i wyszłam zadowolona z tak miło spędzonego czasu.
A więc po pierwsze: nierówny poziom, część inscenizacji była tak marna, że oglądając czekałam żeby już skończyli, bo kaleczą niemiłosiernie. Część była bardzo przeciętna i dwie aranżacje które niemal powaliły mnie na kolana. Nie obyło się w obu bez wpadek, ale nawet mimo tego widać było, że są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, porządnie przećwiczone, że reżyserujący nauczyciele przyłożyli się do pracy, a dzieciaki włożyły w grę całe serce. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby wyrośli z nich nieźli aktorzy, zwłaszcza z mojej absolutnej faworytki. Zobaczymy.
Druga natomiast sprawa to sposób w jaki zachowywała się widownia - ciągłe szepty, rozmowy w tle, komuś dzwoni komórka, ktoś dostaje smsa, szmer, szum, absolutny brak skupienia. Najbardziej interesujący przy tym jest fakt, iż ogromną większość widowni stanowiły zespoły biorące udział w przeglądzie, tak więc przeszkadzali sobie nawzajem... Czułam się momentami trochę jak na przedstawieniu szkolnym, albo na szkolnej wycieczce na spektakl. Pamiętam taką jedną na "Wiśniowy sad" Czechowa w naszym sztandarowym teatrze - totalna żenada, sztuczna, mechaniczna gra naszych aktorów, bo to przecież tylko młodzież szkolna, która tu przyszła zamiast lekcji i jest jej wszystko jedno co ogląda. Otóż mi nie było wszystko jedno. I bardzo mnie drażni takie podejście. Dlatego też, dzisiejszy szmer, dzwoniące w trakcie spektaklu komórki (co gorsza odbierane!) cofnęły mnie do tych przedziwnych wspomnień.
I znowu poczułam się jak na lekcji, w szkole. Szkoła zaś nieodzownie kojarzy mi się z moją klasą. A jeśli chodzi o moja klasę... Cóż i tu dochodzimy do punktu, do którego dojść w żadnym wypadku nie powinniśmy, zwłaszcza dzisiaj. No bo dziś akurat pewien pan spędza czas z pewną panią, w pewnym miejscu, w pewnym mieście, rozmawiając o pewnych sprawach, które w pewien sposób, pośrednio dotyczą również mnie. I pewien pan również mnie dotyczy. Niestety.
A dzień mimo wszystko był udany. I Future Shortsy powtórzą! Specjalnie dla mnie! No może z tym troszkę przesadzam, ale miło tak pomyśleć. Dostałam dziś odpowiedz na mojego maila z prośbą o reedycję i o dziwo pokaz będzie (chyba, jeszcze nie wiadomo na 100%). A to oznacza, że mogę spokojnie pójść spać z poczuciem dobrze zainwestowanego czasu. W siebie oczywiście.
A więc po pierwsze: nierówny poziom, część inscenizacji była tak marna, że oglądając czekałam żeby już skończyli, bo kaleczą niemiłosiernie. Część była bardzo przeciętna i dwie aranżacje które niemal powaliły mnie na kolana. Nie obyło się w obu bez wpadek, ale nawet mimo tego widać było, że są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, porządnie przećwiczone, że reżyserujący nauczyciele przyłożyli się do pracy, a dzieciaki włożyły w grę całe serce. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby wyrośli z nich nieźli aktorzy, zwłaszcza z mojej absolutnej faworytki. Zobaczymy.
Druga natomiast sprawa to sposób w jaki zachowywała się widownia - ciągłe szepty, rozmowy w tle, komuś dzwoni komórka, ktoś dostaje smsa, szmer, szum, absolutny brak skupienia. Najbardziej interesujący przy tym jest fakt, iż ogromną większość widowni stanowiły zespoły biorące udział w przeglądzie, tak więc przeszkadzali sobie nawzajem... Czułam się momentami trochę jak na przedstawieniu szkolnym, albo na szkolnej wycieczce na spektakl. Pamiętam taką jedną na "Wiśniowy sad" Czechowa w naszym sztandarowym teatrze - totalna żenada, sztuczna, mechaniczna gra naszych aktorów, bo to przecież tylko młodzież szkolna, która tu przyszła zamiast lekcji i jest jej wszystko jedno co ogląda. Otóż mi nie było wszystko jedno. I bardzo mnie drażni takie podejście. Dlatego też, dzisiejszy szmer, dzwoniące w trakcie spektaklu komórki (co gorsza odbierane!) cofnęły mnie do tych przedziwnych wspomnień.
I znowu poczułam się jak na lekcji, w szkole. Szkoła zaś nieodzownie kojarzy mi się z moją klasą. A jeśli chodzi o moja klasę... Cóż i tu dochodzimy do punktu, do którego dojść w żadnym wypadku nie powinniśmy, zwłaszcza dzisiaj. No bo dziś akurat pewien pan spędza czas z pewną panią, w pewnym miejscu, w pewnym mieście, rozmawiając o pewnych sprawach, które w pewien sposób, pośrednio dotyczą również mnie. I pewien pan również mnie dotyczy. Niestety.
A dzień mimo wszystko był udany. I Future Shortsy powtórzą! Specjalnie dla mnie! No może z tym troszkę przesadzam, ale miło tak pomyśleć. Dostałam dziś odpowiedz na mojego maila z prośbą o reedycję i o dziwo pokaz będzie (chyba, jeszcze nie wiadomo na 100%). A to oznacza, że mogę spokojnie pójść spać z poczuciem dobrze zainwestowanego czasu. W siebie oczywiście.
Brak biletów?
No i cóż. Dzień minął prawie bezwładnie, obeszło się bez większych spięć, jednak w myśl zasady, że nie można mieć wszystkiego - nie udało nam się dostać biletów na pewien pokaz pewnych krótkich form filmowych oglądanych przez nas comiesięcznie już od listopada. Pech chciał, że ów pokaz gdzieś tam w nazwie miał "walentynkowy" co spowodowało ogromną lawinę chętnych, nagle obudzonych kinomaniaków spragnionych form krótkich. Zapewne ogrom z nich nie powróci na kolejny, marcowy pokaz ale cóż, amerykańskie święta patronów osób chorych umysłowo widać rządzą się własnymi prawami.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, dzięki temu była okazja do wypicia ulubionej herbatki w ulubionym miejscu, nawet na ulubionej kanapie! I jak tu się złościć?
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, dzięki temu była okazja do wypicia ulubionej herbatki w ulubionym miejscu, nawet na ulubionej kanapie! I jak tu się złościć?
21 lutego 2008
Sinatrowo dziś...
A dziś już o niebo lepiej, bo normalnie. Bez żadnych zaskakujących rewelacji póki co, bez fajerwerków, tak bardzo niepotrzebnych w codziennym bytowaniu. Kubek herbaty – zielonej z opuncją, na biurku oczekujące na konsumpcję jabłko, w domku obiad do ugotowania. I żadnych niespełnionych obietnic, żadnych myśli bez końca, żadnych wymagań, wyobrażeń. Zamiast Waitsa - Sinatra. Prostota poranka, dnia, wieczora. Niech tak zostanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
